K
Mariusz Kasiński
26.11.2015
Rumunia – unijny orient

Przeciętny Polak niewiele o Rumunii wie. Nie interesujemy się nią tak bardzo, jak chociażby Wielką Brytanią - najbardziej „polską” wyspą na starym kontynencie.

Były szef delegacji Komisji Europejskiej w Rumunii Jonathan Scheele, powiedział: „Rumunia to taki kraj, który im bardziej znasz, tym mniej rozumiesz”. Nie pomyli się ten, kto spojrzawszy na mapę Europy dojdzie do wniosku, że im bliżej do Bukaresztu, tym dalej od zachodnio-unijnej logiki, niemieckiego porządku i polskiego patriotyzmu.

Przeciętny Polak niewiele o Rumunii wie. Nie interesujemy się nią tak bardzo, jak chociażby Wielką Brytanią – najbardziej „polską” wyspą na starym kontynencie. Częściej to Bułgaria, popularna wśród Polaków wakacyjna destynacja, wzbudza naszą ciekawość. Można się zastanawiać, dlaczego Rumunia jest inna, zmarginalizowana, niedoceniana? Odpowiedzi na tak zadane pytanie, poszukiwał w swojej książce „De ce este Romania altfel?” rumuński historyk Lucian Boia. Winą za stagnację, a nawet stopniowy upadek kraju, obarcza on Nicolae Ceausescu. Nie on jeden, jednak nie mówi się o tym powszechnie i głośno.

Fot.26rumunia_mariuszkasiński

fot. Ubóstwo w Rumunii jest niestety bardziej widoczne niż w Polsce. Spowszedniało i zwraca tylko uwagę turystów.

Alexandru Marius, pochodzący z Transylwanii i studiujący obecnie w Watykanie jest jedną z kilku osób, dzięki którym mogłem tego roku Rumunii doświadczyć, zobaczyć ją i jej dotknąć. Mówiąc o historii swojego kraju, Alex ani słowem nie wspomniał o prezydencie Nicolae, który przecież 22 lata utrzymywał się przy władzy! Opowiadał mi za to o Stefanie III Wielkim, średniowiecznym mołdawskim monarsze, który swego czasu zatrzymał turecki marsz w głąb Europy. Bałkański wódz miał tuż przed decydującą bitwą powiedzieć do osmańskiego sułtana: „Lepiej od razu zawróć, bo nigdzie Cię nie przepuszczę”. Rywal kpił z pewności siebie, jaką emanował Stefan. Później musiał uciekać w popłochu. Według Boi i samych Rumunów, ”brak wychowania obywatelskiego w kraju jest zadziwiający”. Jego zdaniem istnieje również pewnego rodzaju „wstyd” bycia Rumunem, co odzwierciedla doskonale jedno z najpopularniejszych powiedzeń nad Dunajem. Rumuni sami o swojej ojczyźnie mówią, że to „bardzo piękny, ale niestety zamieszkały kraj”.

Pieska stolica, obalona legenda

Nazywany w XIX w. „Paryżem Wschodu”, Bukareszt, stolicą Rumunii jest od 1862 roku. To tędy wiodły i wiodą najpopularniejsze szlaki turystyczne i handlowe prowadzące nad czarnomorskie wybrzeże. To miasto, będąc od zawsze na pierwszej linii ognia, doświadczyło wiele za sprawą osmańskich przybyszów znad cieśniny Bosfor. Surowe fasady bukaresztańskich kamienic, jakby wciąż pokryte są bitewnym kurzem. Blado wyglądają przy monumentalnym Domu Ludu (2 550 500 m2 pow.), który, będąc drugim największym budynkiem na świecie, przypomina dzisiejszym o reżimie obalonego przed dwudziestoma sześcioma laty dyktatora. Studiujący w Watykanie Alex, miasto chwali i wspomina o znajdujących się w centrum Polach Elizejskich, dłuższych i szerszych od tych paryskich, oraz o Łuku Triumfalnym, doskonałej kopii swojego francuskiego pierwowzoru, który ma być żywym symbolem przyjaźni obu krajów. Ja mówię mu w tym momencie o gangach bezpańskich psów, które podobnie jak w Bułgarii, tak i tu stanowią poważny problem.

Nadmieniam dane, na które natrafiłem niedawno w jednych z anglojęzycznych artykułów. Według nich tylko w 2013 r. z powodu ugryzień do szpitali w Bukareszcie trafiło 10 tys. osób. Młody Rumun przytakuje. Pyta, co w Polsce mówi się o Draculi. Ma świadomość, że ta niezwykła, wampirza historia jest magnesem przyciągającym do Transylwanii turystów z całego świata.  Niestety, niewiele w niej prawdy. Mityczny Dracula był w rzeczywistości ważną postacią historyczną. Umacniając w znaczny sposób Bukareszt, będący wtedy niewielkim grodem obronnym, zapoczątkował stopniowy rozwój militarny i gospodarczy dzisiejszej stolicy. Naprawdę nazywał się Vlad Tepes (Palownik) i był synem Vlada Diabła (Dracul), okrutnego władcy Wołoszczyzny, któremu zawdzięcza przydomek i temperament. Zarówno ojciec, jak i syn znani byli z bestialskiego traktowania wrogów i poddanych. Według legend o podań, Vlad Tepes wbijał ludzi żywcem na pal. Podczas egzekucji miał w zdobnym pucharze pić krew swoich ofiar, jednak nie ma na to żadnych dowodów. Jego historia, według Alexandra, miała być przestrogą dla kolejnych rządzących, wyolbrzymionym, ale działającym na wyobraźnię, szczytem okrucieństwa, które nigdy więcej nie powinno się powtórzyć.

Sami swoi

Z peronu w centrum Konstancy odebrała mnie matka mojego przyjaciela Alexandra, w asyście jej 8-letniego tłumacza j. angielskiego. Simone, nauczycielka szkoły podstawowej w Transylwanii, znała tylko kilka słów po angielsku. Andrej, jej wychowanek, rzeczywiście był przy niej anglojęzycznym talentem. Kochała go jak matka. Podobnie jak innych rówieśników chłopca, którzy razem ze swoją wychowawczynią i rodzicami spędzali nad Morzem Czarnym swoje wakacje. Wszyscy tworzyli jedną, wielką rodzinę. Przyjechali z Calan, kilkutysięcznego miasteczka i od dawna doskonale się znali. Ekscentryczny taksówkarz zawiózł nas do miejsca zwanego Mamaia, przymorskiej dzielnicy 200-tysięcznej Konstancy. Po drodze mijaliśmy pojedynczych właścicieli kwater, stojących przy drodze i wymachujących kluczami.

Fot.4.rumunia.mariuszkasiński

fot. Historia Konstancy sięga 2500 lat wstecz. Od XIV do XIXw. znajdowała się ona pod tureckim panowaniem. Dziś Turcy stanowią 3% mieszkańców miasta. Na zdjęciu niewielki minaret meczetu, przerobionego na dom gościnny.

Fot.2.rumunia_mariuszkasiński

fot. Przyjezdnych wita w Mamai, turystycznej dzielnicy Konstancy, taki oto neon. Podobnie, jak aktualizowane od bardzo dawna kartki pocztowe w okolicznych sklepach, i on, liczy sobie przeszło 30 lat.

Fot.5.rumunia_mariuszkasiński

fot. Jak na całych Bałkanach, tak i tutaj popularne są techniki bezpośredniego pozyskiwania klientów poszukujących noclegu. Na zdjęciu Rumunka, która od kilku godzin stoi przy głównej drodze, eksponując klucze do wolnego pokoju w jej mieszkaniu.

Uśmiechnąłem się. Ten widok przypomniał mi o macedońskiej Ochrydzie. Hostel, w którym mieszkaliśmy nazywał się Hanul Moldova i był skromnym skupiskiem parterowych kempingów, schowanym pomiędzy wielopiętrowe hotele. To miejsce zdecydowanie dla niewymagających osób szukających noclegu nad Morzem Czarnym w niskiej cenie. Wszędzie dokoła – Majorka. Ceny sopockie i helskie. Przy samej plaży, sycylijskie, tylko Wezuwiusza próżno było szukać na horyzoncie. Brakowało jego i zagranicznych turystów. Sami swoi.

Kościół na tarczy, plaża do wynajęcia

Nad morzem każdego dnia witały nas dziesiątki kolorowych parasoli, leżaków, rowerów wodnych (mimo wielkich fal) i kilkunastu młodych chłopców przyjmujących rumuńskie leje za możliwość skorzystania z uroków plażowania. Opłata dotyczyła wyłącznie wynajmu leżaka z parasolem na cały dzień. Mimo to, całe rodziny, które z propozycji nie chciały skorzystać, przeganiano. Mierząca 3 km długości Mamaia Beach, miała tylko kilka kilkunastometrowych niepłatnych fragmentów. Morze dla wszystkich? Nie tutaj.

Z Alexandrem, który nie odstępował mnie ani na krok, za dnia zwiedzaliśmy miasto, wieczorami toczyliśmy polityczno – religijne dyskusje. Korzystając z faktu, że po siedemnastej, nikt plaży nie pilnował, siadaliśmy po turecku na rozgrzanym piasku. On śmiał się, że w Polsce mieszkańców Italii, nazywamy Włochami, czyli tymi „owłosionymi” –„ the hairy ones”, a ja nie mogłem zrozumieć jak to możliwe, że kościół prawosławny ma w Rumunii tak wielką władzę. Alexandru zaprzeczał, ale historie, które przytaczał, mówiły same za siebie. Pensje kapłanom sprawującym służbę w Rumunii wypłaca rząd. Podobnie jest z remontami i budową nowych świątyń. Wszystko finansuje skarb państwa. Najwyżsi rangą przedstawiciele kościoła prawosławnego w Rumunii posiadają pensje, immunitety i uprawnienia odpowiadające senatorom, członkom wyższej Izby Parlamentu. Cała sytuacja wynika bezpośrednio z wydarzeń, jakie miały miejsce w komunistycznej Rumunii, kiedy to majątek Kościoła został przejęty przez państwo. Przed II wojną światową stanowił on dużą część rumuńskiego terytorium. Nigdy nie wrócił w ręce duchownych. Została zawarta ugoda. Państwo w obawie przed utratą kościelnych niegdyś nieruchomości i gruntów zgodziło się bezterminowo finansować działalność Kościoła. I tak fortuna kołem się toczy.

Fot.6.rumunia_mariuszkasiński

fot. Po całej Rumunii rozsiane są niewielkie, prawosławne cerkwie. Za czasów Ceausescu 22 takie budowle zrównano w stolicy z ziemią.
Fot.18.rumunia_mariuszkasiński
fot. Prawosławna katedra św. Piotra i Pawła, w jej sąsiedztwie odkryto niedawno fundamenty domów z czasów starożytnych.

Codzienne debaty sprawiały, że należało potem solidnie zjeść. Czy znajdziemy odpowiednie miejsce? To tutaj wysoce prawdopodobne! Rumuni jedzą tłusto i sowicie zapełniają swoje żołądki przy dźwiękach muzyki zapożyczonej od historycznych sąsiadów. W wielu restauracjach stałym elementem jest muzyka na żywo. Goście tańczą do pieśni mołdawskich, tureckich, serbskich i albańskich. Bawią się razem, często, tworząc okrąg i trzymając się za ręce bądź ramiona. Bywa, że tańczą w parach. Zdarzają się popisy solo. Ale to już efekt domowej rakii, odpowiednika naszej śliwowicy.

Na koniec, Tomis

Przed powrotem widziałem jeszcze centrum Konstancy, starożytne Tomis. To – tak jak cała Rumunia – miejsce kontrastów. Pozostałości antycznych zabudowań przeplatają się pomnikami socjalistycznymi, przedstawiającymi lud i klasy robotnicze.

Fot.9.rumunia_mariuszkasiński

fot. Na zdjęciu największy z socjalistycznych pomników w nadmorskiej Konstancy.

Fot.11.rumunia_mariuszkasiński

fot. Jedna z uliczek w centrum Konstancy. Po lewej Wielki Meczet, XIX-wieczna kamienica i XX-wieczny oszkolony gmach. Po prawej, socjalistyczne bloki mieszkalne. Galimatias.

Wrażenie robi secesyjne kasyno, strzegące niczym antyczny heros, rumuńskiego wybrzeża. U jego stóp, co roku, gdy przychodzi zima, odbywa się nietypowy spektakl. Biskup wrzuca do morza niewielki krzyż. Do jego poszukiwań ruszają wtedy młodzi ochotnicy. Według Alexandra, ten, kto wyłowi krzyż z lodowatej wody, ma jako pierwszy, wraz ze swą wybranką stanąć przed ołtarzem.

Fot.22.rumunia_mariuszkasiński

fot. Monumentalne, secesyjne kasyno wybudowane w XIX w.

W mieście znajduje się również duży, ale zaniedbany meczet. Można zwiedzać jego wnętrze i mierzący 50 metrów, minaret za niewielką opłatą. Miłym wspomnieniem jest widok na dachy Konstancy, port i spokojne morze z samej góry świątynnej wieży. To zadanie dla wytrwałych. Na szczyt prowadzi 140 krętych i wysokich schodów.

Fot.15.rumunia.mariusz.kasiński

fot. Widok na dachy Konstancy i Morze Czarne z minaretu Wielkiego Meczetu.

Łatwiej dostępny jest pomnik Owidiusza na placu o tej samej nazwie. Według legendy, zbudowany w 1887 r. monument stanął na grobie poety, który teraz, choć wydaje się marmurowy, zimny i przyziemny, wciąż nostalgicznie patrzy w kierunku morza i tureckiego Stambułu. Ten nie jest daleko, drogą morską to tylko 330 km.

Fot.14.rumunia_mariuszkasiński

fot. Piata Ovidiu ze stojącym w jego centralnej części pomnikiem wygnanego z Rzymu, poety Owidiusza.

Rumuński historyk, Neagu Djuvara powiedział kiedyś, że Rumunia to kraj pomiędzy orientem a Zachodem. Stojąc ramię w ramię z Owidiuszem na Piata Ovidiu i ulegając urokowi zachodzącego nad miastem słońca, można by tak romantycznie powiedzieć. Według mnie to raczej wschód, któremu do Zachodu wciąż daleko. Może nie dziki, ale rzeczywiście bliższy orientowi. Wyjeżdżam z nadzieją, że kolejne pokolenia Rumunów odkurzą kraj z wszędobylskiej stagnacji i nieporządku. Z wdzięcznością ściskam na pożegnanie dłonie moich gospodarzy i wychodzę na ulicę. Rozważam przez moment otrzymane od nich zaproszenie do wspólnego świętowania Bożego Narodzenia w Transylwanii, pośród gęstych, pokrytych śniegiem lasów iglastych. Pomyślę. Przyjdzie na to czas. Tymczasem rzucam: „la revedere!” i uśmiechając się do obserwujących mnie rodziców Alexandra, znikam w tłumie rodzin leniwie wracających z plaży.

 

Tekst i zdjęcia: Mariusz Kasiński

Zostaw odpowiedź

Wraz z treścią komentarza będzie widoczny adres IP, z którego go wysyłasz.

4 komentarze(y) do “Rumunia – unijny orient

  1. Kamil

    Drogi Autorze, Polacy nazywają Włochów Włochami raczej nie od owłosienia, a od tego, że ich ojczyzna znajduje się na południu względem RP. Na południu byli Wołosi (właśnie z Wołoszczyzny jak książęta Vladowie) i drogą „dedukcji” przyjęło się uznać i zamknąć sprawę, że na południu to mieszkają WoŁOSI i tak powstali właśnie Włosi i Włochy.

    Niemniej artykuł fantastyczny. Pozdrawiam serdecznie!

    1. MK

      Chodziło raczej o grę słowną, a nie historyczne pochodzenie słowa. Ale bardzo konstruktywna uwaga,nieustannie się uczymy. Dziękuję.

Encyklopedia
  • Europejski Obszar Gospodarczy (EOG) to porozumienie, na mocy którego utworzono strefę wolnego handlu i Wolny Rynek na terenie państw Unii Europejskiej oraz Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA).
  • Traktat o Unii Europejskiej (TUE) to umowa międzynarodowa, wiążąca obecnie 28 państw europejskich , stanowiąca, obok Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE), podstawę prawną dla powstania i funkcjonowania Unii Europejskiej. Artykuł 50 reguluje wystąpienie kraju z UE.
  • Unia Gospodarcza i Walutowa (UGW) to jeden z elementów współpracy w ramach Unii Europejskiej, mający na celu ustanowienie wspólnej waluty – euro, przeniesienie polityki pieniężnej na szczebel wspólnotowy oraz dążenie do jednolitej polityki gospodarczej.
Warto przeczytać
Współpraca
Partnerzy